środa, 26 maja 2010

Armagedon

Armaged(d)on ostateczna, decydująca walka, bitwa między siłami dobra i zła; przen. wielka, krwawa, wyniszczająca obie strony wojna. ( w/g słownika Kopalińskiego )


Właśnie zobaczyłem Armagedon. W Podchybiu.  Jakaś wielka zła siła poprzewracała domy, wypiętrzyła drogi, dokonała kompletnych spustoszeń. W gminie Lanckorona  Armagedon dotyczy ponad 130 domostw. W skali kraju pewnie ponad kilkaset. Czułem się jak bym był świadkiem jakiegoś zupełnie metafizycznego zjawiska. Miejscowi mi mówią : teraz Pan stoi tutaj, a  jak Pan przyjdzie za dwie godziny to droga może być 2 metry niżej.  I wszystko w kompletnej ciszy.
Może używam zbyt wielkich słów do zwykłego zachowania się geologicznego ale widząc to dzisiaj nie mam jakiegoś innego racjonalnego wyjaśnienia. Dom wyrażający wszystko co dobre i to zjawisko które niszczy wszystko co dobre. Niestety my tam jesteśmy dzisiaj, premier wysłucha relacji i zapewne bardzo pomoże ale my wyjeżdżamy po godzinie. Zrobiliśmy co do nas należało. A ludzie pozostają ze swoim Armagedonem i nie za bardzo mogą pójść gdziekolwiek. Pozostaje nadzieja że jednak dobro zwycięża i mieszkańcy Podchybia też wybudują nowe dobro czyli dom. Trzeba tylko im pomóc a nie epatować hasłami kto na to zezwolił i dlaczego budowali na osuwiskach. Bo to dla nich jest najbardziej dobijające. Budowali tam gdzie mogli a nie tam gdzie by chcieli. Znajomy geolog mi mówił że tereny Beskidów są całe upstrzone takimi terenami. I tak naprawdę trudno znaleźć teren gdzie takie zjawiska nie występują. No chyba że na terenach zalewowych. 
Armagedon to walka ostateczna. Mam nadzieje że nie dla tych twardych, tak fatalnie doświadczonych ludzi.


Premier RP Donald Tusk na Podchybiu gdzie mieszkańcom w ciągu doby zawaliły się w kompletnej ciszy domy.

























poniedziałek, 24 maja 2010

Bielański grzech.

Popełniłem grzech. Nie jest to grzech śmiertelny ale taki mały grzech. Rzekłbym grzeszek. Taki mały maciupeńki ale uwiera. Bo Ten wobec którego popełniłem ten grzech może uważać że to grzech ważny. Prosili, pisali a ja i tak popełniłem grzech. Nie usłuchałem próśb gróźb i szykanów. Zrobiłem to i będę musiał się wyspowiadać.
Oczywiście wszystko przez wodę i żonę. W tej kolejności. Najpierw przyszła woda, potem przez trzy tygodnie żona cherlała i się szprycowała jakimiś antybiotykami. Na koniec przyszła duża woda, żona już nie cherlała tylko szczekała co piec minut a ja przez tydzień nie wychodziłem z wody. Woda, most, powódź,  premier, szczekanie zony, woda, worki, piasek, znowu woda, piasek, worki, a na koniec edytor powiedział że ma dość powodzi, chyba że znajdę kogoś kto poleci nad Wisła na lotni i zrobi zdjęcia." Zduło " mnie po góralsku. To ja się poświęcam,  łażę po wodzie w ciasnych gumcokach, słucham cierpliwie  "szczekania" żony co 5 minut, poświęcam się robiąc zdjęcia z groźbą pobicia przez powodzian a on ten edytor znudzony mówi że może z lotni. A sam  se rób z lotni. Durny jakiś. 10 metrów wody a on na lotni. Dobrze że woda opadła bo wraz z opadaniem, krew we mnie też opadła. Zrozumiałem edytora, żona kochana przestała " szczekać " zaczęła po ludzku kaszleć a nawet od czasu do czasu coś udało jej się powiedzieć po ludzku, wody coraz mniej, premiera już nie ma a wszystkie worki na wałach. Pomyślałem : Marku czas normalnieć ! Czas znaleźć jakiś normalny temat. No i znalazłem. Kochana moja stwierdziła: Idziemy na zakupy do Ikei. No dobrze . Jak tylko wpłynie to na jej szczekanie pójdziemy. I tu przed drzwiami do Ikei olśnienie. Dziś Zielone Swiątki !  Nic nie kupimy ! Pocałowaliśmy klamkę Ikei ( a właściwie drzwi obrotowe ), mojej kochanej znowu się pogorszyło i zaczęła "szczekać"  a ja wpadałem w czarna rozpacz. Ukochana widząc dramat na mojej twarzy mówi : Ja muszę do domu bo tam mój ratunek ( czytaj kolejna szpryca )  ale ty mój kochany możesz na temat. Czując tę siłę i pozwoleństwo przypomniałem sobie : Jak zielone Światki to Bielany.
A wiec na Bielany ! Toż to dzisiaj wpuszczają tam damy !!!.   Jeden z dwunastu dni. Damy i dziatki mogą tam wchodzić. I tu z radości zapomniałem o walkach jakie prowadziłem z zacnymi Eremitami kamedulskimi którzy nie pozwalali fotografować. Niczego i nikogo. A nie daj Bóg jak miałeś lepszy aparat. Traktowany byleś jak Obcy 5 . Postanowiłem fotografować bez stresu. Co ma być to będzie. najwyżej mnie wyrzucą. Tak wiec robiłem swoje zdjęcia dam i dziatków w tym kamedulskim pięknym kościele i ogrodzie. Na zakończenie przeczytałem ogłoszenie przypięte pineską na drzwiach do klasztoru. Nie wolno fotografować MNICHÓW  !!  Blady strach padł na mnie. No jak można fotografować klasztor bez MNICHÓW  ! Toż to tak jak fotografowanie wiosny bez kwiatów, zimy bez śniegu a lata bez wody. Ale zdjęcia miałem !  Dwa ! Dwa grzeszne zdjęcia !. Dwa zdjęcia Mnichów. Postanowiłem ich nie kasować. jak grzeszyć to na całego. Ostatecznie jest jeszcze spowiedź. Jakoś to będzie ( pomyślałem jak każdy prawdziwy Polak przed powodzią )
Wróciłem do domu. Sumienie jednak boli. Ale żonie kochanej się poprawiło. Znowu mówi po ludzku. Kaszle też po ludzku.

Moje grzeszne zdjęcia.




         



















czwartek, 20 maja 2010

Schronisko

Byłem w schronisku dla zwierząt przy Rybnej. Przyznam ze pojechałem tam na wezwanie Radia Kraków o dramatycznej sytuacji w schronisku, ze względu na powódź.. 300 metrów obok walczono z wyrwą w wale. Właściwie robota Syzyfa. Wiadomo ze jak wał rozmoknięty to żadna siła nie da rady. A jak wyleje woda nie ma ratunku dla 600 psów i kotów. Chwila była ostatnia. Właściwie szedłem sfotografować walkę na wale. Ale zobaczyłem ogromny korek na Księcia Józefa który powstał w pół godziny po wezwaniu radia. Policja i Straż Miejska były tak zaskoczone natłokiem ludzi z samochodami którzy przyjechali po zwierzęta że nie byli w stanie zapanować nad tłumem. A ludzie brali nawet po sześć psów aby tylko się nie potopiły. Dużą część wywieziono do stadniny koni skąd następnego dnia ludzie wzięli psy do siebie. Całe lata trwały akcje charytatywne, aukcje itp aby zainteresować mieszkańców bezdomnymi zwierzętami. I nic. Taka akcja powodowała skutek taki ze może kilka zwierząt znajdowała swojego nowego Pana. A ty takie zaskoczenie. To nic że pewnie po powodzi duża część tych zwierząt wróci do schroniska. Ale już teraz sporo ludzi deklaruje że zwierzęta zostaną na stałe u nich. A pracownicy schroniska mówią że jeszcze nigdy nie było tu takiej ciszy.
Wał przeciwpowodziowy utrzymano. Dzieki pomocy dużej ilości wolontariuszy.
I niech mi nikt nie mówi ze jak trzeba potrafimy zachować się jak ludzie.

Ratujemy zwierzęta